Problem masturbacji rozpoczął się u mnie w ostatniej klasie szkoły średniej. Koleżanka namówiła mnie do obejrzenia pewnego
filmu, który okazał się być mocno nasączony erotyzmem. Gdybym o tym wiedziała, może bym go nie obejrzała? Ale stało się ...
Pojawiła się pokusa spróbowania, jak to będzie i wpadłam w sidła. Nie widziałam w tym nic złego, tylko ogromną przyjemność,
na która miałam coraz większą ochotę.
Masturbacja stała się moim sposobem na radzenie sobie z problemami, stresami, niepowodzeniami. Gdy tylko coś nie wychodziło
lub byłam podłamana sięgałam po ten sposób i całe napięcie ustępowało.
Był to czas, kiedy w moim życiu nie było Boga, a mimo to coś mnie dręczyło. Coraz częściej zastanawiałam się, czy rzeczywiście
masturbacja nie jest złem, i choć nie potrafiłam znaleźć na to argumentów, podjęłam decyzję zrezygnowania z niej. Kilkukrotnie
zaczynałam i po paru, parunastu dniach zaczynałam onanizować się od nowa, bo brakowało mi sił.
Aż w którymś momencie zaczęłam się nawracać. Wtedy zobaczyłam, ile jest w tym zła i zapragnęłam wyznać to przed Bogiem.
Kiedy po długim czasie przystąpiłam po raz pierwszy do spowiedzi nie wiedziałam, jak o tym mówić. Ogarnął mnie taki wstyd,
że wprost nie mogłam wydusić z siebie tych paru słów. Nazwałam wówczas ten grzech bardzo ogólnie, oględnie, tak, że pewnie
ksiądz, który tej spowiedzi słuchał, nie zorientował się o co chodzi. Wiedziałam jednak, że Bóg to wszystko przyjął i zacznie
we mnie działać.
Byłam zaskoczona, bo mijały dni, miesiące, a ja żyłam w czystości. I nie było mowy o powrocie do tego grzechu. Ogarnęła mnie
niezwykła duma, że mam to wszystko już za sobą. I nagle stało się... Po trzech latach nadarzyła się okazja. Zupełnie inna niż ta
za pierwszym razem, bo była "bardzo legalna". Miałam do wykonania zabiegi zapisane przez ginekologa i nie wytrzymałam. Zaczęła się
męka. Wpadłam wręcz w jakąś rozpacz, że znów pojawił się ten grzech. Bóg jednak delikatnie popychał mnie w stronę spowiedzi i
zdecydowałam się być tym razem bardziej otwarta. Po raz pierwszy nazwałam ten grzech po imieniu, powiedziałam o jego
okolicznościach i doświadczyłam, jak Bóg cały mój ból zabiera i wnika w moje serce... Nie potrafiłam jednak powiedzieć
wszystkiego. Znów brakowało mi słów, pełnego zrozumienia i odwagi do końca.
I znów mijał czas, a ja byłam czysta. Tylko, że te parę szczegółów zakrytych w spowiedzi dawały o sobie znać. I upadłam
po raz trzeci, w dokładnie taki sam sposób jak poprzednio. Teraz miałam już stałego spowiednika i wiedziałam, że on pomoże
mi w oddaniu całej tej sprawy Bogu.
Był to bardzo wyjątkowa spowiedź. Mówiłam tylko o tym jednym grzechu ufając, że inne grzechy, które są w moim życiu,
Jezus również mi przebaczy, choć ich nie wypowiem. Oddałam Bogu wszystko: szczegół po szczególe, minuta po minucie.
Opowiedziałam o mojej słabości, o okazji, która nadeszła, o tym co czułam i myślałam, i co zrobiłam z rękami, o bólu
jaki miałam w sercu i wstydzie nie do opisania, o poprzednich spowiedziach, w których tak wiele zakryłam i o moim zaufaniu
w Jego przebaczenie. I Bóg mnie uzdrowił. Czułam to na duszy i w ciele.
Teraz minęło już wiele miesięcy od tamtych wydarzeń i żyję w czystości. Nie dowierzam jednak sobie, bo wiem, że mogę po
raz kolejny upaść.
Było mi bardzo trudno, ale cały ten trud miał sens. Jeśli też walczycie, zdobądźcie się na odwagę oddania wszystkiego
Jezusowi. Tylko On może was uzdrowić, tak jak uzdrowił mnie. Ja potrzebowałam wiele czasu, żeby to zrozumieć, ale Bóg na mnie
poczekał. Będzie czekał i na was .....